Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOJA PISANINA PROZĄ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOJA PISANINA PROZĄ. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lipca 2014

A może znów zacznę pisać...?

Ostatnio przeglądałam pliki z moimi opowiadaniami i okazało się, że fragmentów tego konkretnego ("Wybór drogi") napisałam swego czasu (oj dawno to było... dawno)  troszkę więcej niż zamieściłam na chomiku. A zatem postanowiłam, nieśmiało, pokazać go tym kilku osobom, które, jak mam nadzieję, jeszcze tu czasem zaglądają ;)
Nie ingerowałam w tekst, więc... w razie czego... wybaczcie jeśli spowoduje on "reakcje zwrotne" ;)



WYBÓR DROGI
Czwarte opowiadanie mojego autorstwa
Rozpoczęłam pracę nad nim w lutym 2011 roku
(od lat, niestety, leży i czeka... bym je dokończyła)


Fragment  siódmego  (niepublikowanego)  rozdziału:

(...)
Zrezygnowała z wizyty w bufecie, chociaż już została poinformowana, gdzie się on znajduje. Zwyczajnie nie miała czasu na taki luksus.

Na szczęście na jej piętrze… Musiała się przyzwyczaić do myśli, że ósemka jest „jej” piętrem, lecz natłok pracy, który spadł na nią tego pierwszego dnia, skutecznie odciągał jej uwagę od egzystencjonalnych rozważań.

A więc, na szczęście, na jej piętrze znajdował się automat.

Dziękowała Bogu za ten dar niebios!

Tak właściwie podziękowania należały się zapewne administratorowi biurowca, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia.
Ważna była kawa!

I tylko o tym mogła w tej chwili myśleć!
 
* * *
Przyglądał się jej.

Zdawał sobie sprawę, że musiała minąć zaledwie minuta, może dwie, a miał wrażenie jakby gapił się na nią całą wieczność.

Nie znał tej kobiety.

Chociaż nie widział jej twarzy, miał pewność, że jej nie zna.

Niezaprzeczalnie miał jednak ochotę ją poznać!

Jego ciało również!

Mówiąc wprost, stanął mu na jej widok!

Nie bardzo to rozumiał, ale też nie roztrząsał teraz tego zagadnienia. Mimo że od wielu dni nie reagował na damskie wdzięki, nawet te, podawane mu na tacy, a tym bardziej na takie przypadkowe i zdawałoby się niewinne spotkania.

Czy jednak całkiem niewinne?

Kobieta, stojąc przy automacie do kawy, prezentowała się co najmniej kusząco. Dopasowany, bardzo skąpy kostium doskonale eksponował idealną figurę.

A jej nogi?

To było dzieło sztuki!

Długie, niesamowicie zgrabne i odziane w cieniutkie pończochy. Musiała mieć na sobie pończochy. Podpowiadało mu to doświadczenie. Nie raz rozbierał z nich, nie bez przyjemności dla obu stron, „seksowne kociaki”.

A ona niezaprzeczalnie miała w sobie wiele seksapilu.

Postąpił kilka kroków w jej kierunku i nagle zamarł.
 
* * *
Wiedziała, że w końcu jej brak koordynacji ruchowej musi dać o sobie znać. Dziwiła się, iż do tej pory jeszcze nic jej się nie przytrafiło.

Cud jakiś!

Teraz jednak nie mogła myśleć o nadspodziewanie łaskawym losie.

Pochyliła się, by pozbierać rozsypane dokumenty, które do tej pory pewnie trzymała, a raczej przyciskała do piersi jedną ręka, drugą lawirując dość nieporadnie dla osiągnięcia wymarzonego, w tej chwili, celu. Kubka z kawą.

Napój spoczywał w jej dłoni, natomiast dokumenty rozsypały się dokoła tworząc papierowy, przeważnie biały, dywan u jej stóp.

Zaściełały prawie całą szerokość korytarza.

Gdyby ktoś teraz przechodził, musiałby podeptać te papierzyska.

Nie liczyła przecież na tak wielką życzliwość, by ktoś obcy pomógł jej sprzątać ten bałagan. Na tyle szczęścia nie miała nawet nadziei.

Zastanawiała się właśnie, czy nie lepiej będzie odstawić gdzieś na bok kawę, zanim jeszcze dodatkowo zaleje nią zbierane dokumenty, gdy poczuła na sobie czyjś wzrok.
 

* * * 
Nie potrafił oderwać od niej oczu. A ściślej rzecz biorąc od jej pośladków. Ta kusząca część ciała prawie kłuła go w oczy.

A coś innego „kłuło” go w spodniach.

Kobieta zbierała rozsypane papiery, a on zamiast jej pomóc, zachować się jak gentelman, gapił się na jej tyłek.

I ślinił się jak uczniak na widok seksownej nauczycielki!

Śmiałby się z siebie, gdyby tak paskudnie nie zaschło mu w gardle.

Był niesamowicie podniecony i kompletnie nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

Ocknął się dopiero, gdy kobieta znieruchomiała.

Musiała poczuć na sobie jego wzrok.

Nie zdziwił się. Tak intensywnego spojrzenia, jakim ją pożerał, w żadnym wypadku nie można było nie poczuć.

Podszedł do niej, kucnął obok i zdecydowanym ruchem zgarnął połowę dokumentów z podłogi.

Podając jej plik kartek, automatycznie spojrzał jej prosto w oczy i po raz kolejny, w przeciągu kilku minut, zamarł.

To była ona!

Ta kobieta, której nie spodziewał się już spotkać!

Ona także go rozpoznała!

Zareagowała jednak trochę inaczej.

Poderwała się gwałtownie, rozlewając przy tym odrobinę, trzymanej w ręku, kawy. Czuł, że go oblała, ale zupełnie się tym nie przejmował.

Najważniejsze, że tu była!
Znalazł ją, chociaż przecież nie szukał!

I wyglądała…

Niesamowicie, pięknie, seksownie, kusząco do bólu…

Naprawdę do bólu!

Odczuwał to, w tej niewygodnej pozycji, ze zdwojoną siłą. Jego „przyjaciel” zwyczajnie rwał się na wolność!
 
* * *

Po prostu nie mogła w to uwierzyć!

To był on!

Ale co tutaj robił? Pracował? To niemożliwe!

Panikowała.

Nie poradzi sobie, gdy będzie go musiała spotykać!

Stał już przed nią w całej swojej olśniewającej okazałości.

Był od niej trochę wyższy, mimo że założyła bardzo wysokie obcasy.

Musiał być też sporo od niej młodszy!

Zganiła się za to gapienie i ocenianie mężczyzny.

Niezaprzeczalnie jednak był nieziemsko pociągający!

Po pierwszym szoku, który niechybnie musiał się odmalować na jej twarzy, dając mężczyźnie do zrozumienia, że go rozpoznała, opanowała się błyskawicznie.

Zignorowała, nie bez wysiłku, szybkie bicie serca i drżące kolana, i przywdziała maskę obojętności, swoją niezawodną zbroję.

– Przepraszam… – odezwała się, nie poznając swojego głosu. Nad tym jednym najtrudniej było zapanować.

– Ja… – zaczął mężczyzna, jakby lekko zdziwiony. Po chwili jednak uśmiechnął się szeroko, co w połączeniu z jego niesamowitymi oczami, których nie potrafiła nie zauważyć, a tym bardziej zignorować, dawało piorunujący efekt. – Nic się nie stało!

– Marynarka – zaczęła – trochę jednak ucierpiała.

Spojrzał na siebie, jakby dopiero zauważył, że oblała go kawą. Co prawda tylko kilka kropli plamiło jego nienaganny garnitur, ale fakt niezbicie potwierdzał, że zachowała się jak kompletna „fajtłapą”.

Utrzymała jednak kamienną twarz i pozorny spokój, chociaż jego kolejny uśmiech potrafiłby przyprawić o palpitację nawet najodporniejszą kobietę.

– Drobiazg – pocieszył ją przystojny nieznajomy.

Nie chciała nawiązywać z nim znajomości, bo później nie będzie się jej mogła wyprzeć, co może doprowadzić do wielu trudnych dla niej sytuacji. Nie mogła jednak przystać na rozwiązanie, które jej tak subtelnie podsuwał.

Zaczerpnęła powietrza, wyciągając w jego kierunku dłoń.

– Aleksandra Woźniak – przedstawiła się.

Chyba zaskoczony jej chłodnym tonem głosu, ujął wyciągniętą rękę, odpowiadając, jak przypuszczała, automatycznie:

– Sebastian Saramonowicz.

Nim dodał cokolwiek więcej, powiedziała oficjalnym tonem, przeznaczonym, choć w tej chwili w zasadzie nie widziała takiej konieczności, do sprowadzania mężczyzn na ziemię:

– Pracuję w „Brooks&Wagner”. Proszę przysłać mi rachunek za pralnię – a wyswobadzając dłoń z jego uścisku, dodała: – Jeszcze raz przepraszam.

Odwróciła się i odeszła.


Zamieszczony tutaj tekst jest w całości moją własnością (megii24)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Powielanie, kopiowanie i rozpowszechnianie bez pisemnej zgody autorki - ZABRONIONE.

sobota, 8 października 2011

A może trochę mojej pisaniny?


 PROSTA HISTORIA 
Pierwsze opowiadanie mojego autorstwa 
Powstawało od czerwca do września 2009 roku


Fragment pierwszego rozdziału:

    Tego dnia wszystko, ale to wszystko poszło nie tak… Za jakie grzechy, się pytam? Może w poprzednim życiu za mocno nawywijałam? Bo przecież teraz jestem całkiem grzeczna… No prawie! A może po prostu pech to moje drugie imię? Dobrze, dobrze… ale od początku…
    Dzień zaczął się nawet nieźle… Nic nie zapowiadało katastrofy… Słoneczko, ciepełko, ptaszki śpiewają… jednym słowem: cud-miód.
    Maszerowałam, jak zwykle do szkoły, okazując więcej entuzjazmu, niż rzeczywiście odczuwałam, żeby jakoś podnieść się na duchu. Wszyscy wiedzą, jak jest… kto lubi szkołę? Chyba tylko nieliczne wyjątki, choć ja akurat nie znam nikogo takiego… Zastanawiające! A może wcale nie ma wyjątków od tej złotej zasady?
    Nieważne! Tak więc – szkoła! Nie byłoby może tak źle, gdyby nie widmo matury wiszące nad głową. Nauczyciele dostawali jakiejś paranoi… A ten obłęd, oczywiście, odbijał się na nas, biednych szarych „żuczkach”, które nie powinny robić nic innego, jak tylko zakuwać do tego, jakże przereklamowanego, egzaminu! Dojrzałości! Phi! Co podwójna klasówka połączona z kilkoma odpowiedziami ustnymi ma wspólnego z dojrzałością? Od jakiegoś czasu zadaję sobie to pytanie… ale jakoś żadna siła wyższa nie chce mnie oświecić… O siłach „niższych” nie wspominam, bo kogo miałabym o to zapytać? Nauczycieli? Rodziców? A może zastraszonych wizją niezdanej matury – jako tragedii życiowej, licealistów? Przegrana sprawa! Całkowicie!
    Zaraz, zaraz… teraz to się wykreowałam na jedyną trzeźwo myślącą osobę w całym tym zoo… Nie jestem aż tak zadufana w sobie! Na pewno nie!
   Tak więc maszerowałam do szkoły, przetrawiając w głowie jakąś myślową papkę… a tak naprawdę zastanawiałam się, jakby tu przetrwać te kilka najbliższych godzin i nie stracić zmysłów w tym całym przedmaturalnym szaleństwie?
    Na dokładkę w naszej budzie nie było za wiele atrakcji… Spytacie, jakich atrakcji spodziewam się zaznać w ogólniaku? No cóż, żeby chociaż było na kim oko zawiesić, jakieś atrakcyjne „ciacha” mogłyby przemykać korytarzami, można by było powzdychać, a może nawet pośmiać się z dziecinnych podrywów naszych szkolnych ślicznotek. O, to by było dość ciekawe doznanie estetyczne… Lekcja poglądowa jak nie należy zwracać na siebie męskiej uwagi, aby nie zostać wyśmianą przez wszystkich świadków. Ale dość już o tym! Niestety w naszej budzie nie da się doszukać jakichś ciekawych męskich okazów. Koniec, kropka. Smutne, ale niestety prawdziwe.
    A co do innych szkolnych atrakcji… to faktycznie nie umiem się ich nawet domyślić, to znaczy nie wiem cóż atrakcyjnego może być lub zdarzyć się w szkole średniej!
    Na szczęście miałam swoją własną, prywatną emocjonalną podporę w postaci wysokiej, szczupłej blondynki o łagodnych niebieskich oczach, czyli mojej ukochanej przyjaciółki Weroniki. Niech nikogo nie zmyli jej wygląd… Ma dziewczyna nieźle za uszami i chyba właśnie za to najbardziej ją lubię… Wygląd niewiniątka i te jej szalone pomysły.
    Zbliżałam się już do naszego szacownego gmachu szkolnego, gdy doznałam niezbyt łagodnego i przyjemnego, olśnienia. A mianowicie doszłam do wniosku, że woda w postaci deszczu lejącego się na głowę jest nawet dość przyjemna – choć zasadniczo nie lubię deszczu… Skąd u mnie tak trywialne przemyślenia? I zmiana nastawienia do opadów atmosferycznych? To proste! Też zmienilibyście zdanie… Gdyby ta sama woda, choć o dość zmienionej konsystencji i barwie, pochodząca pierwotnie z góry, a obecnie z obrzydliwie brudnej kałuży znalazła się nieoczekiwanie na waszej skromnej osobie… Brrrr.
    To niestety przydarzyło się akurat mnie… I to właśnie tego dnia, gdy zrezygnowałam z ukochanej przeze mnie czerni na rzecz uwielbianych przez Weronikę jasnych kolorów. Nieopatrznie obiecałam jej, że założę coś, jak to ona nazywa – „bardziej kobiecego”, bo po szkole wybierałyśmy się na dobre jedzonko do nowo otwartej, dość ekskluzywnej knajpki. Dlatego teraz, zamiast być odziana w czarne bojówki albo ciemne jeansy i jakąś sportową, i oczywiście ciemną górę, paradowałam w jasnej, jeansowej spódnicy i beżowej bluzce… I obecnie zamiast być tylko przemoczona i może odrobinę ubłocona, czemu zaradziłaby niewielka ilość czystej wody – wyglądałam niczym skrzyżowanie biedronki z Wodnikiem Szuwarkiem! Tragedia! Jak ja się ludziom na oczy pokażę…
    Te myśli, jak i kilka innych z rodzaju tych niecenzuralnych, przeleciały mi przez głowę chwilę po tym, jak jakiś czarny samochód przejechał tuż obok mnie. To oczywiście jest tylko stwierdzenie faktu zaistniałej sytuacji, bo ja na pewno nie powiedziałabym, że on tylko przejechał obok mnie. Ten zasrany gruchot łącznie z, jak przypuszczam, równie „uroczym” właścicielem, spieprzył mój cały dobry humor, a raczej z trudem wyhodowaną i wypielęgnowaną namiastkę dobrego humoru, nie mówiąc już o całkowitej dewastacji mojego stroju. I co ja mam teraz zrobić? Pytałam się w niemej wściekłości!
    No to mam zagwozdkę… Albo wrócę do domu, żeby się przebrać i tym samym zarwę z połowę pierwszej lekcji, narażając się tej upiornej babie, dumnie zwanej panią profesor… Nie był to najlepszy pomysł, bo orłem z matmy to ja nie byłam, a ta wspomniana chodząca perfekcja ledwo mnie tolerowała i dokładanie jej powodów do „gorących” uczuć wobec mnie było kręceniem sobie sznura… Pozostawało mi tylko pójście w tym „artystycznym” stroju na lekcje… Ale ludziska będą miały ubaw! No cóż, dzień zaczynał się urokliwie, nie ma co?
    Gdy doszłam do otwartej szkolnej bramy, co moim zdaniem było określeniem ciut na wyrost, od razu ją zauważyłam, Weronika czekała na mnie przy schodach prowadzących do „jaskini wiedzy”. Nie było to dla mnie zaskoczeniem, zawsze na siebie czekałyśmy – takie papużki-nierozłączki, ale jej wyraz twarzy… gdybym nie była taka wściekła i zdołowana, to pewnie wybuchłabym śmiechem na ten widok.
    Niepowtarzalny!
    Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, gdy powiem, że jej „oscarową” minę wywołała moja skromna osoba, a raczej spustoszenia w mojej powierzchowności… To było raczej oczywiste! Musiałam naprawdę wyglądać jak kupka nieszczęścia… W tym przekonaniu utwierdziły mnie współczujące, a zarazem rozbawione spojrzenia mijających mnie osobników obu płci. Trzeba zacisnąć zęby i jakoś to znieść…
    Zastanawiałam się przez chwilę, jak długo cała szkoła będzie bawić się moim kosztem… Cóż, w tej chwili nie miałam na to żadnego wpływu, więc odpuściłam sobie te dywagacje. Pomyślę o tym jutro… albo pojutrze!
    Ruszyłam w stronę mojej przyjaciółki i w tym samym momencie stanęłam jak wryta. Na parkingu, po lewej stronie stał, a jakże, powód mojego marnego nastroju i wyglądu. Czarne sportowe auto! Nie znam się na samochodach, więc nie pytajcie jakiej marki… ale poznałam je od razu. To był, na pewno, ten sam wózek, który przystroił mnie w tak podziwiane przez tłumy fantazyjne wzory. Uroczo!
    Coś się we mnie aż zagotowało! Stałam na środku placu, zaciskając pięści i, jak przypuszczam, byłam bordowa ze złości… Tak na marginesie kolor czerwony całkiem mi pasuje, ale nie koniecznie na twarzy! Stałam więc tak jak słup soli i zastanawiałam się, co mam zrobić…
    Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, była tak radośnie budująca, że aż na chwilę zatraciłam się w marzeniach, ale… No właśnie – ale! Chyba jednak nie powinnam wybijać mu wszystkich szyb…!
    „Mu”, czyli komu – przeleciało mi przez głowę. Czyżby ten palant uczył się w naszej szkole? Ale przecież wcześniej nie widziałam tu tego auta, a raczej nie dałoby się go nie zauważyć… Nauczyciel? Nie! Na pewno nie! Jakiego belfra byłoby stać na taki samochód? No więc kto to taki?
    I właśnie w tym momencie z auta wysiadł bardzo wysoki i, o ile mogłam stwierdzić, po pierwsze przez odległość, a przede wszystkim przez luźną czarną bluzę z kapturem, którą miał na sobie, dość dobrze zbudowany… no właśnie: chłopak? Mężczyzna? Nie widziałam jego twarzy, więc trudno mi było stwierdzić, w jakim był wieku. Zresztą nie widziałam nawet jego głowy, bo miał na nią naciągnięty kaptur od bluzy.
    Natomiast to, że miał zgrabny tyłek, mogę zeznać nawet pod przysięgą – dobrze skrojone i dopasowane jeansy świetnie to uwydatniały. No co? Mam przecież oczy, a on miał na bank najfajniejszą „dolną część pleców”, jaką widziałam… Jego nogom też niczego nie brakowało… Chyba jednak nie był licealistą, bo większość z nich miało nogi jak patyczki lub jak nóżki sarenki, natomiast on… Hmmm… Chciałabym go zobaczyć bez spodni… Oj! Chyba się zagalopowałam!
    Musiałam mieć w tym momencie niezbyt inteligentny wyraz twarzy i oczywiście właśnie wtedy on musiał się odwrócić i spojrzeć prosto na mnie… Miałam tylko nadzieję, że zdążyłam podnieść wzrok na bezpieczną wysokość i obiekt mojej niedawnej lustracji nie domyślił się, co przed chwilą podziwiałam…
    Moja nadzieja szybko okazała się płonna… Co za wstyd! Chłopak spiorunował mnie kpiącym spojrzeniem, co dobitnie świadczyło o tym, że zostałam przyłapana na gorącym uczynku. Jestem całkowicie przekonana, że ponownie byłam czerwona jak piwonia i tym razem na pewno nie ze złości! Wpadka na całego! Jak ja się po tym otrząsnę? No jak?
(...)

Zamieszczony tutaj tekst jest w całości moją własnością (megii24)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Powielanie, kopiowanie i rozpowszechnianie bez pisemnej zgody autorki - ZABRONIONE.

wtorek, 26 lipca 2011

Po czwarte... "Wybór Drogi"


WYBÓR DROGI
Czwarte opowiadanie mojego autorstwa (megii24) 
Rozpoczęłam pracę nad nim w lutym 2011 roku

Nowa opowieść... Historia ze snu...
Prawdziwa?

Mężczyzna,
Czy wie od razu, że to ta jedyna?
A może zwleka z decyzją?
Potrzebuje czasu?
Dowodów?
Albo jeszcze czegoś innego?
Kiedy rozumie, że spotkał przeznaczoną mu partnerkę?

A kobieta?
Polega na emocjach?
Czy raczej racjonalnie podejmuje decyzję o byciu razem?

Jak powinno być?
A jak się zdarza?

Zmęczona "niekończącą się przygodą" z opowiadaniem "Czy masz w sobie tyle sił..." rozpoczęłam pisanie tej opowieści. Jednak okazało się, że nie bardzo wychodzi mi jednoczesna praca nad dwoma różnymi (także w formie) historiami... Zatem postanowiłam: zakończyć poprzednie opowiadanie, a dopiero później zabrać się za "Wybór Drogi". Dobry plan...


Po trzecie... "Czy masz w sobie tyle sił..."


CZY MASZ w SOBIE TYLE SIŁ...
Trzecie opowiadanie mojego autorstwa (megii24) 
Powstaje od stycznia 2010 roku

Motto:
 "Czy masz w sobie tyle sił... by moim mężczyzną być?
Czy masz w sobie taką moc... by chronić mnie przede mną?"


Kilka słów o...

Czy jesteśmy tylko punkcikiem na niezmierzonej mapie ludzkości?
Czy naszą wartość określa jedynie pozycja na liście?

Tylko tyle? Szczury w odwiecznym wyścigu? Tak mali... tak nieistotni...

Po prostu kolejny numer w statystyce? Liczony na sztuki?

A może jednak nie?

Przecież każdy, nawet ten najmniejszy, najbardziej wtopiony w tło, zagubiony w tłumie, może stać się dla kogoś całym światem...

Opowiadanie to wymknęło mi się trochę spod kontroli. Piszę je i piszę, i jakoś nie mogę skończyć. Strasznie długo to już trwa, wiem! Dodatkowo "rozwlekło" mi się okrutnie... Będzie na pewno najdłuższym z dotychczasowych, tak naprawdę - już jest...

 

Po drugie... "Obóz Letni"


OBÓZ LETNI
Drugie opowiadanie mojego autorstwa (megii24) 
Powstawało od października 2009 roku do stycznia 2010 roku

Wprowadzenie? Wstęp? Zajawka?

Przystojniaczek!
Ciekawe, jaki jest w łóżku?

No co? Duża ze mnie dziewczynka! A one nie bawią się lalkami… Chyba, że te są naturalnych wymiarów i obdarzone odpowiednim sprzętem. Tak, takie zabaweczki, to ja lubię i to bardzo. Zapomniałam chyba dodać, że muszą być żywe? Gumowi chłopcy mnie oczywiście nie interesują!
Tak, teraz mamy jasność w temacie. Facet ma mieć chęci i niezbyt duże wymagania (żadne miłości, romanse, czy związki nie wchodzą w grę – seks i trochę dobrej zabawy – to mi wystarczy).

Oczywiście, nie każdy się nadaje. Tylko górna półka! Ja przecież sroce spod ogona nie wypadłam. Niezła ze mnie laska, więc zasługuję na to, aby koleś, którego „obdarzę względami” miał przynajmniej gładką buźkę i parę dobrze rozwiniętych mięśni.

Mózg, to inna sprawa. Tego nie wymagam. To zbyt wygórowane żądanie.

Mimo takiego, a nie innego, "Wstępu", nie jest to, zapewniam, opowiadanie erotyczne czy nadmiernie epatujące seksem. A główni bohaterowie? ON jest niemal idealny, a ONA... No cóż... Jej daleko do ideału!

Po pierwsze... "Prosta Historia"

PROSTA HISTORIA
Pierwsze opowiadanie mojego autorstwa (megii24) 
Powstawało od czerwca do września 2009 roku



A to mały "wstępniak":

Był sobie chłopak… i byłam sobie ja…!

On – przystojny do bólu! „Młody bóg!” Mroczny i tajemniczy… przynajmniej tak wtedy myślałam!

A ja? No cóż… Przeciętna uczennica ostatniej klasy liceum. Przeciętna pod każdym względem, ale jakoś do tej pory mi to nie przeszkadzało… Po głębszym jednak zastanowieniu muszę sprostować… Nie byłam przeciętna, byłam wyjątkowa! (przez chwilę napawam się tym pięknym słowem!) Otóż miałam wyjątkowy talent do robienia z siebie widowiska… (och, jestem strasznie kreatywna - tak subtelnie to nazwałam, aż nie mogę uwierzyć…)

A gdybyście pytali? Mam na imię Agnieszka! A on? Tego jeszcze nie zdradzę...

Pewnego dnia stanęliśmy na swojej drodze…

Moje pierwsze "literackie dziecko" - darzę to opowiadanie wielkim sentymentem. Od niego, tak naprawdę, rozpoczęła się moja przygoda z pisaniem...